Lord Jim - streszczenie szczegółowe - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Utwór poprzedzono dedykacją, mottem z Novalisa oraz przedmową autora:

Państwu G. F. W. Hope z wdzięcznym przywiązaniem wieloletniej przyjaźni


Jest pewne, że moje przekonanie
staje się nieskończenie silniejsze
z chwilą, gdy uwierzy w nie
inna dusza.


W przedmowie, napisanej w czerwcu 1917 roku, a więc po kilkunastu latach od pierwszego wydania powieści (1900), autor ustosunkowuje się do głosów niektórych krytyków, którzy zarzucali mu „dziwaczność metody narracyjnej i nieprawdopodobność rozmiarów opowieści Marlowa”. Twierdzi nieco żartobliwie, że opowieść Marlowa można spokojnie przeczytać na glos wciągu trzech godzin. Conrad opowiada o historii powstania powieści, epizod ze statkiem okazał się doskonałym pretekstem do napisania „swobodnej, rozleglej opowieści”; że przy tym wypadek tego rodzaju mógłby z całym prawdopodobieństwem na całe życie zaważyć na „poczuciu istnienia” prostego i głęboko czującego człowieka.

ROZDZIAŁ 1

Lord Jim był człowiekiem o imponującym wyglądzie i wewnętrznej pewności siebie. Doskonały w swych fachu akwizytora, mimo zgrozy swoich kolejnych pracodawców szybko rzucał nawet najbardziej opłacalne posady. Dla mieszkańców portów był po prostu Jimem – miał oczywiście nazwisko, ale pragnął je ukryć, tak samo jak pragnął ukryć pewien fakt ze swego życia.

Trzymał się portów, ponieważ był marynarzem wygnanym z morza i posiadał teoretyczne zdolności, nadające się wyłącznie do zajęcia portowego akwizytora. Cofał się w porządku ku wschodzącemu słońcu, a ów fakt doganiał go mimochodem, ale nieodwołalnie. I tak w ciągu lat znano Jima kolejno w Bombaju, Kalkucie, Rangunie, Penangu, Batawii (…) Później jego bystre rozeznanie Nieznośności wygnało go na zawsze z portów i spośród białych ludzi, usuwając się w głąb dziewiczego lasu, wówczas to Malaje ze wsi leżącej wśród dżungli (…) Nazwali go: (…) Lord Jim.


Jim był jednym z pięciu synów pewnego proboszcza. Młody chłopak pod wpływem lekkiej literatury zapragną być marynarzem, więc wysłano go do szkoły „dla oficerów marynarki handlowej”. Pewnego dnia podczas sztormu na statku szkoleniowym rozległa się wiadomość, że w pobliżu zdarzył się wypadek i trzeba ruszać na ratunek. Jim zapatrzony w szalejące morze nie zdążył wskoczyć na łódź płynącą na pomoc rozbitkom. Czuł się nieswój po tym wszystkim – przecież „mógł stawić czoło większemu niebezpieczeństwu”. Kiedy wieczorem jeden z chłopców opowiadał o swoim bohaterskim czynie, uznał to za czczą próżność.

ROZDZIAŁ 2

Po dwóch latach szkolenia wyruszył na morze i dostawszy się w strefy tak dobrze znane swej wyobraźni odkrył, że są dziwnie wyjałowione z przygód.


Jim odbył wiele podróży i choć były one pełne monotonii, to młody żeglarz nie rezygnował z raz obranej drogi. Po niedługim czasie został oficerem, a jego kariera zapowiadała się obiecująco. Wtedy przyszła kolejna chwila grozy. Któregoś dnia Jim „został ugodzony przez spadające drzewce” i ciężko rany przeleżał długi czas okrutnego sztormu w swojej kajucie. A ponieważ nie wciąż był nie całkiem zdrów pozostawiono go w szpitalu, kiedy tylko zawitano do portu. W szpitalu oprócz Jima było jeszcze tylko dwóch białych pacjentów. Czas kuracji mijał na rozmowach, grze w karty i wypoczynku. Kiedy Jim już wydobrzał, wybrał się do miasta, by poszukać jakiegoś sposobu powrotu do kraju. W porcie spotkał wielu ludzi swojego zawodu, którzy rozprawiali o swoich licznych morskich wyprawach. Pod ich wpływem Jim zamiast powrócić do kraju zaciągnął się jako pierwszy oficer na statek „Patna”.

„Patna” był to miejscowy parowie, stary jak świat, smukły jak chart i bardziej zżarty przez rdzę niż porzucony zbiornik na wodę. Właścicielem „Patny” był Chińczyk, czarterującym Arab, a dowodził nią pewien Niemiec – regent z Nowej Południowej Walii, bardzo pochopny do publicznego wymyślania na swój raj rodzinny;


„Patna” tym razem miała przewieźć ośmiuset pielgrzymów, których kapitan pogardliwie nazywał bydłem. Kiedy już wszyscy weszli na pokład. Parowiec ruszył na Morze Czerwone.

ROZDZIAŁ 3

Na Morzu Arabskim panowała cicha i spokojna noc. Arabowie spali rozłożeni na pokładzie jeden przy drugim. Jim zatopiony w myślach spacerował po pokładzie. Kapitan zmienił oficera na wachcie. Na dole, pod pokładem panował straszliwy upał, mechanicy narzekali na bezdusznego Niemca. Pomocnik mechanika wdał się w dyskusję z kapitanem i gdy tak prowadził swój nieco zuchwały wywód o własnej odwadze i nędznych zarobkach, nagle coś zatrzęsło statkiem. Mechanik i Jim, obserwujący zdarzenie potknęli się jednocześnie. Nikt nie rozumiał co się stało.

Zdawało się, że śmigły kadłub, sunący w swą drogę, podnosi się kolejno o parę cali przez całą długość – jakby się stał giętki – po czym osiadł znów sztywno, wracając do pracy, i w dalszym ciągu pruł gładką powierzchnię morza. Drżenie kadłuba uspokoiło się, a nikły odgłos grzmotu nagle ustał, jakby statek przebył wąski pas rozedrganej wody i dudniącego powietrza.


ROZDZIAŁ 4

Miesiąc później Jim był zmuszony opowiedzieć zdarzenia tej nieszczęsnej nocy przed sądem. „Żądano faktów”, a on chciał opowiedzieć „coś jeszcze”.

Fakty, których ci ludzie tak pożądali, były widoczne, dotykalne, dostępne dla zmysłów i zajmowały swoje miejsce w przestrzeni i czasie; wydarzyły się na tysiąc czterysta tonowym parowcu w ciągu dwudziestu siedmiu minut wachty; składały się na całość mającą pewien charakter, subtelną wyrazistość, wygląd skomplikowany, który oko mogło zapamiętać - ale było tam coś jeszcze poza tym, coś niewidzialnego, jakiś władczy duch zagłady tkwiący wewnątrz jak nieprzyjazna dusza w obmierzłym ciele. Jim starał się usilnie to wszystko wyjaśnić. Nie była to zwykła historia, każdy jej szczegół miał wagę pierwszorzędną, a Jim na szczęście pamiętał wszystko. Pragnął mówić o tym wszystkim ze względu na prawdę, a może też i ze względu na siebie samego;


Jim odpowiadał na wiele szczegółowych pytań. Tamtej nocy parowiec uderzył w coś, a w skutek tego powstała dziura w dziobie. Kapitan kazał wszystko sprawdzać po cichu, by nie wywołać paniki – sam zachowywał się dziwnie, chodził w tę i z powrotem, szemrał coś pod nosem. Podczas zeznawania Jim obserwował salę, wśród tłumu szczególnie wyróżniał się pewien biały, który obserwował świadka przenikliwie.

Miał wrażenie, iż tamten człowiek zdaje sobie sprawę z jego beznadziejnych trudności. Jim popatrzył na niego, po czym odwrócił się stanowczo, jakby w chwili ostatecznej rozłąki.
A później niejednokrotnie, w odległych częściach świata, Marlow przejawiał skłonność do wspominania Jima, do szczegółowych i głośnych rozpamiętywań na jego temat.


ROZDZIAŁ 5

(w tym rozdziale rozpoczyna się opowieść Marlowa)

Tak. Byłem obecny na sprawie -- mówił Marlow – i do dziś dnia nie przestaję się dziwić, po co tam chodziłem.


Marlow zaczął opowiadać
„o Imć Panu Jimie po dobrej wyżerce, siedząc dwieście stóp nad poziomem morza, z pudełkiem porządnych cygar pod ręką, w rozkoszny wieczór pełen świeżości i gwiezdnego blasku”.
Pierwszy raz oczy tych dwóch mężczyzn spotkały się podczas rozprawy – byli tam wszyscy ludzie związani z morzem, bo o zdarzeniach na „Patnie” szybko zrobiło się głośno. Marlow wspominał, jak kapitan Patny przybył do portu, by spotkać się z kapitanem Eliotem – człowiekiem, który nie bał się wyrażać swojego zdania. Tego dnia po prostu zmiażdżył dowódcę „Patny” w rozmowie. Razem z kapitanem w porcie pojawiło się trzech innych mężczyzn, wśród których był również Jim.

Młody człowiek stał nieruchomo, nie poruszając nawet głową, i patrzył po prostu w blask słońca. Oto, jak po raz pierwszy ujrzałem Jima. Wyglądał tak obojętnie i nieprzystępnie, jak to się zdarza tylko u młodych. Stał trzymając się mocno na nogach, harmonijnie zbudowany, z twarzą pełną szczerości i robił wrażenie najbardziej obiecującego chłopca pod słońcem; a gdy tak na niego patrzyłem, wiedząc o wszystkim, co on wiedział, i jeszcze o paru rzeczach poza tym, zdjął mię gniew, jakbym go przyłapał na wyłudzaniu czegoś ode mnie pod fałszywym pozorem.


Kapitan „Patny” żarliwie pomstował na wszystkich Anglików, a szczególnie na tego, który przed chwilą nazwał go psem. Odgrażał się, że ma przyjaciół, że zmieni obywatelstwo, itd. Pozostawałem w miejscu, tylko z ciekawości, jak ów młody, ohydnie obojętny chłopiec zareaguje, gdy dowie się, co naprawdę zaszło.

Nic okropniejszego, jak śledzić człowieka, który został przyłapany nie na zbrodni, lecz na gorszej niż zbrodnia słabości.


Jim budził we mnie mieszane uczucia. Podobała mi się jego powierzchowność, wyglądał na kogoś porządnego, komu można powierzyć w opiekę statek, ale z drugiej strony była w nim jakaś szatańska domieszka. Chciałem zobaczyć na jego twarzy udrękę, wywołaną wiadomością o losie „Patny”. Tymczasem wściekły kapitan podszedł do bryczki, która aż ugięła się pod ciężarem jego opasłego ciała i kazał się, gdzieś zawieźć – nie wiem gdzie. Wtedy widziałem go ostatni raz. Nikt już nigdy o nim nie słyszał. Jim słysząc odjazd „powoziku”, odwrócił się na pięcie –
„Nie zrobił żadnego innego ruchu, gestu czy znaku i pozostał tak, zwrócony w nowym kierunku, choć powozik już zniknął”.


Przybiegł urzędnik Metys, wydelegowany do zaopiekowania się biednymi rozbitkami z „Patny". Natychmiast rozpętała się awantura między jednym z towarzyszy kapitana a urzędnikiem – twierdził, ze jego miejsce jest w szpitalu, wskazując swoją złamaną rękę. Tam też się znalazł, podobnie jak jego towarzysz (ten na skutek pijaństwa). Widziałem ich tam, kiedy odwiedzałem tam mojego człowieka. Chciałem coś wyciągnąć od tego pijaka, ale cierpiał na szczególny przypadek delirium tremens – właściwie powinien już nie żyć. Wiadomo już było, że nie będzie mógł zeznawać.

ROZDZIAŁ 6

Rozprawa odbyła się terminowo, jak już wspomniałem byli tam wszyscy ludzie związani z morzem. Z „Patny” zeznawał tylko Jim. Jego kapitan uciekł, a on po prostu dawał się dręczyć. Jednym z ławników był słynny Brierly – prawdziwa legenda, dowódca doskonały jak się powszechnie uważało. Jednak i on krył jakąś tajemnice, toczył nad sobą jakiś sąd, bo tydzień po zakończeniu rozprawy rzucił się w morze. O jego samobójczej śmierci dowiedziałem się jakieś dwa lata później od poczciwego Jonesa. Nikt nie zna przyczyny tragicznej decyzji Brierly’ego. Pamiętam rozmowę, którą odbyliśmy po pierwszym dniu rozprawy, ławnik uważał, że chłopak powinien uciec i w ten sposób uwolnić wszystkich od tej ohydnej sprawy. Zaproponował mi, abym poszedł do Jima z pieniędzmi i propozycją pomocy w ucieczce – odmówiłem, bo nie podobał mi się ton wyższości, z jakim Brierly się do mnie zwrócił.

Nazajutrz siedziałem w sądzie sam, obserwowałem i Jima, i Brierly’ego, zastanawiając się nad ich zachowaniem. Wiedziałem, że ławnik tylko udaje znudzonego, może więc Jim tylko udawał bezczelnego?

Według mnie bezczelny nie był. Odniosłem wrażenie, że jest w beznadziejnej rozpaczy. Wówczas to spotkały się nasze oczy. Spotkały się i spojrzenie Jima odebrało mi wszelką ochotę do rozmowy z nim - jeśli ją w ogóle miałem. Tak czy owak - czy Jim był bezczelny, czy też zrozpaczony – czułem, że mu się na nic przydać nie mogę.


Po kolejnym już odroczeniu rozprawy do następnego dnia, stało się coś zaskakującego. Wychodziłem z sądu ze znajomym, zwróciliśmy uwagę na krzątającego się pod nogami żółtego psa. Mój towarzysz odszedł, a przede mną stanął Jim, zaczepił mnie, twierdząc, że się do niego zwróciłem. Zaprzeczyłem (zgodnie z prawdą), ale on ciągnął dalej – spytał, jakim prawem gapiłem się na niego cały ranek. Widać było, że jest zły, ale wciąż nie rozumiałem, o co chodzi i nalegałem na wyjaśnienia. Okazało się, że Jim wziął uwagi wypowiedziane o żółtym psie za obelgę pod swoim adresem. Kiedy się zorientował w swojej omyłce cały poczerwieniał, wargi mu drżały, tak jakby się miał zaraz rozpłakać. Odszedł, popędziłem za nim. Przeprosił mnie za swoje zachowanie i dodał:

Nie mogę znieść tego rodzaju rzeczy (...) i znosić nie myślę. Co innego w sądzie; tam muszę i mogę to wytrzymać.


Zaprosiłem go na obiad do hotelu „Malabar”, w którym chwilowo mieszkałem.

ROZDZIAŁ 7

W hotelu panował tłok spowodowany przybiciem do portu parowca. Jim jadł z apetytem, a wino nieco rozwiązało mu język, zaczęły się zwierzenia, które jednak nie pozwoliły mi się o nim dowiedzieć czegoś więcej. Nie mógł uciec, tak jak jego kapitan.

Ja nie mogłem i nie chciałem. Wszyscy oni wykręcili się z tego tak czy owak, ale mnie to nie przystoi.


Jim wiedział, że po tym wszystkim, nigdy już nie pokaże się w domu – nie mógłby spojrzeć w oczy ojcu. Nie umiałby mu tego wytłumaczyć. Mówił dalej.

Przede wszystkim wyraził pragnienie, abym go nie mieszał z jego wspólnikami w... w zbrodni, powiedzmy. (...)


Młody mężczyzna zupełnie nie wiedział, co zrobi po zakończeniu tego „idiotycznego śledztwa”. Jego kariera została przerwana, nie miał pieniędzy ani przyjaciół. Myślał, żeby zaciągnąć się na statek jako zwykły marynarz, a może dostałby pracę jako oficer – przecież dałby sobie radę. Tu się zdziwiłem: „Tak pan uważa?”. Na te słowa Jim wstał i nieco się oburzył, miał nadzieję, że chociaż ja jeden go zrozumiem:

Wszystko polega na tym, żeby człowiek był w pogotowiu. Ja nie byłem w pogotowiu; nie byłem – w tamtej chwili.


Opowiadał dalej o tym, jak oficerowie statku „Avondale” uratowali życie jemu, kapitanowi i dwóm maszynistom z „Patny”. Szybko zaczęto domyślać się, ze jest „coś podejrzanego” w całej tej sprawie.

Nie pytałem Jima o uczucia, których doznawał podczas tych dziesięciu dni spędzonych na statku. Ze sposobu, w jaki mi o tym opowiadał, mogłem wnosić, że był poniekąd ogłuszony odkryciem dokonanym w samym sobie – i niewątpliwie usiłował je wytłumaczyć jedynemu człowiekowi, który był zdolny zrozumieć całą jego straszliwą doniosłość. Zrozumcie, że nie starał się pomniejszyć tego odkrycia. Jestem tego pewien – i to go właśnie wyróżnia w moich oczach. A jakich doznał uczuć, gdy wysiadł na brzeg i dowiedział się o nieprzewidzianym zakończeniu historii, w której odegrał rolę tak opłakaną, nic mi o tym nie mówił i trudno to sobie wyobrazić.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Bibliografia
2  Okoliczności powstania "Lorda Jima"
3  Pozostali bohaterowie



Komentarze: Lord Jim - streszczenie szczegółowe

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 



2018-08-09 19:31:22

Fafne:D


2012-12-05 10:13:17

Tomasz Slodki pisze:Bartku, niestety nie zzogde sie z Toba. Zmiany kodeksu pracy sa nieuniknione, wiesz dlaczego? Bo obecnie pracodawcy boja sie zatrudniac ludzi na umowy o prace. Wiesz dlaczego? Bo w kazdej chwili, jesli cos sie pracownikowi nie spodoba, idzie na zwolnienie lekarskie. Sam mialem taka sytuacje, gdzie pracownik wymyslil sobie bolacy kregoslup i trwalo to kilka miesiecy. Po zgloszeniu sprawy do ZUSu, okazalo sie, ze przyszedl z wypowiedzeniem umowy. Poprzedni jego pracodawcy mieli ten sam problem. Jesli obnizy sie zas podatki dochodowe, w przypadku malych przedsiebiorstw, czy jednoosobowych dzialalnosci gospodarczy, uratuje to ich funkcjonowanie, a jesli beda mialy wiecej pieniedzy, to przelozy sie to na zatrudnienie. Jesli chodzi o biurokracje to problem wielki, trzeba go natychmiast zmienic, bo Niby sa komputery i niby moge w dowolnym urzedzie miejskim zlozyc dokumenty np. ze zmiana numeru konta firmy, albo zmiana miejsca prowadzenia dzialalnosci w praktyce, w Warszawie, dowiedzialem sie, ze dzis system nie dziala i prosze przyjsc za tydzien. Jesli zaczniemy od podstaw, bedzie prosciej.Mysle, ze gdybys zatrudnil kiedykolwiek chocby jednego pracownika na umowe o prace, zrozumialbys, jaka to meka, prowadzic w Polsce firme. Jestem gotowy dac prace nawet 20 osobom (na razie stac mnie maksymalnie na 8), ale musialbym miec mniejsze koszty utrzymania takiego pracownika, mniejsze koszty podatku dochodowego, oraz przede wszystkim wiecej zabezpieczen np. w przypadku symulowanych chorob, ktorych w zasadzie nikt teraz nie pilnuje. Mysle, ze komentowanie bez podstawowej wiedzy, szczegolnie z autopsji, nie powinno sie odbywac!


2012-12-05 05:49:30

W.A.M. pisze:Jak wiekszosc ncyuzcaieli akademickich, pani dr Cato jest nieco sfrustrowana, powiedzmy to lagodnie. Was there, seen that.Moze problemy wziely sie z tego, ze wymusilismy na mlodziezy pogon za papierkami a nie za wiedza? Swiat pracodawcow, zarzadcow szkolnictwa wyzszego, rzady i roznego rodzaju osrodki opiniotworcze przekazaly wiadomosc, ze 21 wiek jest wiekiem wiedzy, i bez niej nie mozna egzystowac . Prawda, ale czy 40%-60% populacji jest zdolne aktywnie przejsc i satysfakcjonujaco wg standardow lat 70-80 skonczyc uniwersytet? Obawiam sie, ze nie. W zwiazku z tym obnizanie wymagan, az do momentu postawienia ncyuzcaieli pod sciana nasi absolwenci musza wykazac sie pewnym minimum . Nie da sie. Aktywne studiowanie, dyskusje, ciekawosc, wymagaja pewnego minimalnego poziomu intelektualnego. Studia prawdziwe, a nie dla papierka sa wysilkiem i intelektualnym, i szkola wytrwalosci, samozaparcia, walki z oporem materii :). Gdyby 40%-60% mlodziezy mialo te cechy na poziomie oczekiwanym przez dr Cato, to wyniki testow gimnazjalnych czy matur bylyby WYSOKIE.[Male pytanko: dlaczego nasze uniwersytety medyczne, tak oblegane, nie zadaja matury na rozszerzonym poziomie nie tylko z biologii i chemii, ale takze z polskiego, jezyka obcego, fizyki, matematyki...]Mam swoja teorie spoleczna na ten temat ( upowszechnienie edukacji wyzszej ). Ze strony rzadow (i UE) jest lepiej, jak 40-60% mlodych samcow siedzi na uczelniach do czasu az ukoncza 23-25 lat. Po tym okresie ich agresja spada, a dodatkowo delikwenci maja dlugi do splacenia. Rzady unikaja rewolucji mlodziezy, ktora nie widzi siebie w spoleczenstwie, ktora byc moze nie chce sobie budowac miejsc pracy.Ale, jest cos jeszcze, co p. Cato opisala. Niezly zarobek na studentach. Po prostu studiowanie czy organizowanie studiowania stalo sie doskonalym biznesem dla ludzi prowadzacych uczelnie (czy korepetycje). Mamy sprzezenie profesoroie podkreslaja koniecznosc i walory edukacji, rzadzacy im przyklaskuja, student placi.Dowod Proces Bolonski minimalna zawartsc programow studiow, byle te masy przepchac (i zabrac z ulic w najbardziej goracym okresie dojrzewania).A co do oplat. Zdaje sie, ze pojecie czesnego (tutition) egzystowalo od zarania uniwersytetow. Byly to elitarne instytucje, dostepne dla dzieci elit.Na szczescie, wprowadzono dofinansowanie z podatkow. Uwazam, ze slusznie. Byc moze model dunski dofinansowania szkolnictwa (studentow) jest OK jakies 6-8 lat finansowania studiow, na cale zycie :), akademiki, jakies bezzwrotne stypendia. Jestem zdecydowanie przeciw wiecznym studentom .A p. dr Cato chyba przesadza z rownaniem uniwersytetu do kolebki rewolucji. Nigdy takim miejscem nie byl, wylaczajac koniec lat 60.Natomiast to studenci sami powinni byc krytyczni, probowac wielu sciezek zycia w czasie studiow (no, tylko czesc z nich to zrobi). Mysle, ze studenci cenia profesjonalizm wykladowcy, nie obrazaja sie za sprawiedliwie ocenione prace czy projekty, cenia wymagajacego od siebie i od nich nauczyciela.W szkolach technicznych (moi, moi) raczej dyskutuje sie o projektach, i czasem, nieco oblique wychodza zagadnienia etyczne. Wiem, ze politechniki to nie miejsca na propagande polityczna i spoleczna.A konformizm moze byc i u p. dr Cato na zajeciach. Zastanawiam sie, jak zareagowalaby, gdyby ktorys z jej studentow powiedzial jej, ze dba o dobro ludzi na ziemi, o ich zdrowie i o ich rozwoj, a nie o Gaje. Gdyby powiedzial, ze jesli uwaza, ze uniwersytet nie powinien przyjmowac Chinczykow, bo produkuja 5 ton CO2, to jest nieludzka, bo uwaza tych ludzi za przedmioty.Ladny tytul dala swojej ksiazce (doktorat?) o pracy (7 myths) Arbeit Macht Frei . Prawdopodobnie zamierzony brytyjski humor, mysle, ze nieco obrzydliwa wersja. Pare banialuk juz tam wyczytalem o szczesliwych Buszmenach be my guest, one way ticket to Africa


2012-12-05 01:49:14

pisze:Tomku, zacznę od końca jeśli zamierzasz owmidaać komukolwiek prawa do komentowania, to zwyczajnie w świecie ograniczasz demokrację. Tym bardziej, jeśli jednocześnie stosujesz jeden z podstawowych błędf3w logicznych uogf3lnianie indywidualnej autopsji na sytuację makroekonomiczną. Podobne uogf3lnienia prowadzą w prostej drodze np. do twierdzeń, źe budźet państwa to to samo co budźet domowy, co nie do końca jest prawdą.To, co mnie osobiście zniechęca do własnego biznesu w Polsce, to owszem, biurokracja, brak stabilności prawnej i trudność w dostępie do kapitału. Składki nie przeraźają mnie w ogf3le, bowiem wiem, źe bez nich nie byłoby moźliwe zaspokojenie podstawowych potrzeb społecznych. Ich wysokość juź dziś zresztą sprawia, źe mamy niźszy niź unijna średnia poziom wydatkf3w na opiekę zdrowotną, więc nie dziwota, źe wygląda, jak wygląda. Moźna oczywiście przejść na bezpośrednie finansowanie publiczne, nie ze składek tylko z podatkf3w, ale wtedy trzeba być gotowym na podwyźki podatkf3w, źeby to wszystko się domknęło jak w Skandynawii.Niespecjalnie protestowałem przeciwko postulatom nie tylko Palikota, ale i innych formacji, proponujących np. ułatwienia przy zakładaniu firmy, odprowadzanie przez firmy podatkf3w i składek w momencie faktycznego przyjścia pieniędzy od kontrahentf3w, nawet nie mierzi mnie wizja zastępowania faktur zwykłymi paragonami. Problem w tym, źe by to wszystko działało, potrzeba sprawnie działającego aparatu publicznego, a więc i biurokracji. Znajomy zdziwił się, źe w Niemczech papierologia rf3źnego rodzaju zajęła mu nie pf3ł dnia, a pf3ł godziny. Wystarczy spojrzeć z jednej strony na tradycje biurokratyczne (bo nie zawsze państwowe otoczenie instytucjonalne i historyczne rf3wnieź ma znaczenie w ekonomii), a z drugiej na poziom składek i podatkf3w, by uzyskać odpowiedź, dlaczego tam to działa.Jeśli zmiany kodeksu pracy, to tylko i wyłącznie w wyniku trf3jstronnego dialogu. Właśnie dlatego nie lubię jednostkowych przykładf3w tak jak ludziom wydaje się, źe rozwiąźą problemy społeczne, wpłacając pieniądze na pojedyncze, chore dziecko (zamiast skupić się na architekturze ochrony zdrowia), tak samo myśli się w kategoriach działania państwa. Nie mam nic przeciwko, a wręcz przeciwnie duźo o tym pisałem gdyby w wyniku wspf3lnych negocjacji udałoby się analogicznie do Danii wprowadzić akceptowane przez związki zawodowe uelastycznienie rynku pracy w zamian za finansowanie przez państwo z wysokich podatkf3w aktywne programy rynku pracy (szkolenia, staźe etc.) to spoko.Ja, jako osoba ktf3ra szukała pracy, mam rf3wnieź rf3źne doświadczenia z pracodawcami. Na kaźdą historię o męce przedsiębiorcy mf3głbym znaleźć kilka na temat męki pracownika, bycia wyzyskiwanym przezeń etc., co nie sprawia, źe chciałbym np. upaństwowienia wszystkich przedsiębiorstw. Mało kto zastanawia się tu np. dlaczego w Polsce jest taki wysoki odsetek przedsiębiorcf3w, tworząc mit przedsiębiorczego narodu i pomijając kwestię np. roli samozatrudnienia. Właśnie dlatego obok niewątpliwej korzyści z posiadania wiedzy z autopsji, tyle źe z drugiej strony rynku pracy warto spojrzeć na poziom makro, a z tej perspektywy program Palikota, w mojej opinii, nie trzyma się kupy. Elastyczny rynek pracy, bez adekwatnych wydatkf3w społecznych państwa (zarf3wno pasywnych, jak zasiłki, jak i aktywnych, jak szkolenia), z niskim poziomem uzwiązkowienia, co de facto uniemoźliwia przejęcie przez związki zawodowe części roli państwa na rynku pracy, a na dokładkę z ujednoliconym VAT-em, co spowoduje chociaźby wzrost cen źywności to recepta na dalsze rozwarstwienie społeczne, duźo bardziej niź na spektakularny rozwf3j przedsiębiorczości. Pomijam juź tu badania psychologiczne dotyczące korelacji między jakością pracy a stopniem bezpieczeństwa zatrudnienia, bo to juź nieco inna broszka, chociaź rf3wnieź wpływająca zarf3wno na wyniki pojedynczych przedsiębiorstw, jak i całej gospodarki.Nie mf3wiąc juź o tym, źe moi rodzice swego czasu przedsiębiorcami byli i na kodeks pracy nie narzekali i nie przyczynia się to u mnie do uogf3lnienia, źe wszystko jest z nim w porządku :)


2012-03-08 16:42:53

streszczenia są bardzo przydatne, każdy by musiał siedziec tylko nad lekturami zeby to ogarnąć a reszta przedmiotów ? z resztą są tacy co czytają ksiażki ale nie koniecznie lektury bo poprostu nie są ciekawe. a jesli ktos nie uznaje takiej formy nauki i pomocy to juz jego problem.




Streszczenia książek
Tagi: